Onkyo Integra A-8800 aka A-8690

Koncepcja tych wzmacniaczy wywodzi się prawdopodobnie z wczesnych lat 80-tych i była kontynuowana aż do drugiej połowy 90-tych. Nawet jeśli porównamy wczesny wynalazek A-8017 z dużo późniejszym A-8850, jest to wciąż ta sama topologia z wymienionym rezystorem na źródło prądowe i innymi drobnymi zmianami. Tym samym praktycznie każdy z nich ma podobną sygnaturę brzmieniową, która wielu przypadła do gustu. Jedną z charakterystycznych cech jest zastosowanie tzw. DC servo zamiast ręcznej regulacji zera wyjściu. Tę rolę przejął wzmacniacz operacyjny, który czuwa dzielnie nad wspomnianym zagadnieniem i choć niektórzy puryści DC servo uważają za zło, co jest bzdurą, Onkyo konsekwentnie trzymało się tego rozwiązania.
A-8800 i A-8690 to te same wzmacniacze, motali z nazwami w zależności od rynku. Pochodzą z lat 1988-1990 i były najwyższym modelem z serii Integra w tamtym czasie. W porównaniu z A-8850 ma moim zdaniem nieco bardziej subtelną, wyrafinowaną górę, jak to mawiają ma „więcej powietrza”.

Wpadł w moje ręce z orzeczeniem, że „ni chuja nie idzie go naprawić”. Pełen pokory zapłaciłem ile sobie życzył właściciel, który miał go serdecznie dość. Tak sobie stał i się zastanawiałem, a co jeśli nie podołam? Kiedy w końcu doszedłem do wniosku, że nie ma takiej opcji, zapuściłem sobie „Eye of the Tiger” i stawiłem mu czoła. Nie przedłużając, faktycznie dało się zauważyć, że więcej niż jedna osoba się z nim szarpała. Luty w miejscach niezwiązanych z problemem wskazywały na desperację. Przy trzech tranzystorach ktoś wyrwał pady, bo czemu nie. Sterujące były jakimiś chińskimi podróbkami, więc nie dziwota, że szybko dokonały żywota. Kiedy wreszcie skompletowałem graty, powymieniałem i sprawdziłem co trzeba, nadeszła chwila rozruchu. To wspaniałe uczucie, kiedy po sporym nakładzie pracy dostajesz na wyjściu prawie pełne napięcie zasilania…

W tego typu zabawkach wszystko wpływa na wszystko, więc łatwo się zapętlić w rozumowaniu. Miałem też w pamięci przypadek, gdy pewien tranzystor na teście diody wypadał bez zarzutu, a po wsadzeniu do testera okazało się, że to już nie tranzystor, tylko jakieś chuj wie co. Tak sobie krążyłem od punktu do punktu zacieśniając krąg podejrzanych, aż wreszcie rozwiązałem zagadkę. Są w tam diody LED do polaryzacji baz tranzystorów i nie to, że były dziwnie wadliwe, tylko jednej z nich zwyczajnie w ogóle nie było. Ktoś był bardzo dowcipny zostawiając go w takim stanie. Po zamontowaniu wszystko ruszyło jak należy. Tu dodam, że widziałem dywagacje jakie diody tam należy wsadzić. A że koniecznie oryginalne (których od dawna nie ma), a że czerwone… Ani czerwone, ani zielone, ani tęczowe, tylko takie, które mają spadek napięcia w okolicach 1,6 – 1,7V.

Z uwagi na fakt, że tranzystory końcowe w obudowach MT-200 nie są produkowane, a na portalach sprzedażowych królują podróbki, jestem zwolennikiem przesiadki na TO-264. Cztery otwory, gwintowanie i spokój na lata. Zastosowałem Toshiby TTC0002 i do pary. Niewiele ustępują pod względem wytrzymałości poprzednikom, a mają bardzo dobre (lepsze?) parametry. Właściwie biorąc pod uwagę zastosowanie pasty termicznej o podwyższonej przewodności różnica pewnie spada do zera albo i na korzyść obecnego rozwiązania. Dla purystów to zbrodnia, dla mnie zdrowy rozsądek i do takiego podejścia zachęcam.

I tak się zakończyła ta wspaniała przygoda, którą do dziś wspominam z Mariolą podczas długich, jesiennych wieczorów.

 

 

 

 

Darek Opublikowane przez:

Brak możliwości komentowania.