Kolejny przedstawiciel ze stajni Sony. O tyle wyjątkowy, że końcowe tranzystory to tzw. V-fet. Nieprodukowane od dawna, a szkoda, bo to bardzo ciekawe rozwiązanie. Trafiły one do wielu wzmacniaczy, w tym do gitarowych (basowych). Zastąpić ich się w zasadzie nie da bez zmiany układu i raczej z negatywnym skutkiem dla parametrów.
Ogólnie konstrukcja jest dość klasyczna, choć bardziej rozbudowana jak na sprzęt wyższej klasy przystało. Źródła prądowe w kolektorze i emiterze pary różnicowej, część napięciowa z wykorzystaniem kaskody – bez uproszczeń spotykanych np. w dzisiejszych wzmacniaczach pewnej firmy za ponad 3000zł. Na szczególną uwagę zasługuje prowadzenie sygnału i ogólna koncepcja mechaniczna, topologiczna. Mocarna, odlewana podstawa aluminiowa, sygnał w razie użycia direct bezpośrednio z płytki z potencjometrem trafia na końcówkę mocy (a ta jest z tyłu, blisko gniazd wejściowych). Odlewany radiator, całość podzielona na moduły, które można osobno serwisować. Oczywiście nie jest do końca cudownie – np. do wyciągnięcia płytki z przekaźnikami niezbędne jest wyjęcie transformatora…albo demontaż tyłu.
Sprzęt trafił do mnie jako sprawny, ale z racji wieku wiadomo, że dobrze być nie może. Przekaźnik głośnikowy zajechany, oczywiście niedostępny, więc poszedł w ruch mój wynalazek z dwoma osobnymi na 10A (patrz poprzedni wpis). Przełączniki zasyfione siarczkiem do bólu. Potencjometry jako tako, ale też rozebrane i wyczyszczone. Kondensatory w fazie umierania, jeszcze by pewnie pograły (jakoś), ale też na śmietnik. Parę diod zenera profilaktycznie wymienionych na 2% (tolerancja), co by spać spokojnie. Najlepsze jednak okazały się rezystory bezpiecznikowe. Rekordzista odjechał 36% od wartości nominalnej. Wszystkie bez wyjątku poleciały na śmietnik. Punkty pracy VAS rozjechane, prądu spoczynkowego nie dało się ustawić powyżej nominalnej wartości pomimo pozostającego zapasu kąta obrotu potencjometru regulacji (też wymieniony). Paradoksalnie, gdyby ktoś tam zajrzał na szybko, mógłby stwierdzić, że jest OK. W końcu coś tam gra, bias się zgadza, więc zamykamy budę. Coś dla miłośników tzw. oryginałów. Z racji powyższych sprzęt grał…dziwnie. Słuchanie nagrania z dobrze zapamiętanymi brzmieniem i sceną nagle dostarczało nowych doznań, trzeszczenie przełączników pomijam, choć też mogą mieć niemały wkład w uatrakcyjnienie całości. Jeden z powodów dla których nie biorę zbyt chętnie (najlepiej wcale) sprzętu powierzonego do renowacji. Weź później tłumacz idiocie, że brzmienie się nie popsuło, tylko wróciło do normy.
Po wykonaniu prac zaczęło to grać jak powinno, z prawidłową przestrzenią, barwą i klasą. Dla pewności wykonałem pomiary zniekształceń harmonicznych i intermodulacyjnych (THD oraz IMD – patrz obrazki) – wyszły lepiej niż producent przewidział. To tak dla pewności, by nie ulegać autosugestii. Wiadomo, kupa godzin pracy przecież musi dać pożądany rezultat 🙂
Brzmienie jest kwestią gustu (mi się bardzo podoba), ale to, co zwróciło moją uwagę, to góra. Jest bardzo subtelna, jakaś taka aksamitna, elegancka, gładka, z jednocześnie bardzo czytelnym, wyższym środkiem. Dół pełny i głęboki, co dość często ma miejsce we wzmacniaczach z dużym trafem EI.
Cóż, w końcu to nie sprzęt w klasie D za 4000 z układami za 5 dolarów na pokładzie. Podejrzewam, że gdyby dzisiaj 505ES trafił na półki sklepowe, raczej mocno by bił po kieszeni. Sama część mechaniczna zdecydowanie do tanich nie należy. Warty uwagi wynalazek. To tyle.



















Brak możliwości komentowania.