Wzmacniacz miał być niesprawny, ale to, co zastałem w środku było dość zaskakujące. Otóż tranzystory wyjściowe (po 4 szt. na kanał) były na chodzie, ale każdy z innej bajki, różne modele. Dla niewtajemniczonych, o ile między pnp i npn mogą być różnice bez większych konsekwencji (zazwyczaj), o tyle w przypadku par pracujących równolegle już nie. Prowadzi to do nierównomiernego ich obciążania. Według niemieckiego serwisu widać było OK.

Dostał więc nowe tranzystory Toshiba, został wyregulowany i gra pięknie.

A usterka? Paliła się kontrolka „protect”. Sprzęt nie należy do prostych w naprawie, zatem i strategia musi być bardziej przemyślana. Obwód zabezpieczenia w zasadzie wyłącza sekcję prądową, więc nie ma tam czego mierzyć woltomierzem. Wszystkie półprzewodniki były sprawne i choć można wymusić rozruch podając odpowiednie napięcie na bazę tranzystora protekcji, podejrzenie padło na sam układ zabezpieczenia, który nie raz okazał się uciążliwy w innych modelach tej marki.

Okazało się, że było to trafne podejrzenie. Umarła sobie jedna dioda i to w dziwny sposób. W ogóle nie przewodziła, po wylutowaniu to samo, ale wystarczyło wygiąć nóżki i wszystko wracało do normy. Żadnych śladów korozji, prądy małe, widać była felerna fabrycznie. Po wstawieniu nowej wszystko ruszyło jak należy.
Skoro wszystko było i tak na wierzchu, zostały wymienione elektrolity dla świętego spokoju.

Tranzystory końcowe sparowane pod kątem typu przewodnictwa, bias na 70mA (nieco mniej niż fabryka dzięki parowaniu), regulacja zera na wyjściu i prądu obwodu sterującego zakończyły zmagania. Ogólnie sprzęt jest niewygodny w serwisie. Robiłem go dla siebie, więc na dokładkę wymieniłem zaciski głośnikowe na współczesne, co zajęło jakieś 5 razy dłużej niż zakładałem. To tyle.


Brak możliwości komentowania.